Nasza Flota

Pakuj się. Ruszamy!

To będzie historia pewnej podróży. Bardzo długiej bo piętnastoletniej. Z Rosyjskiego Uljanowska, przez Japonię, aż do Austriackiego Grazu. Jak myślisz, co łączy te miejsca? Tak, brawo, wszędzie tam produkuje się samochody terenowe, które jeździły w zielonych barwach Bartbo. A zaczęło się oczywiście od tego co najtańsze, najbardziej dostępne na rynku i niestety … najbardziej zawodne.

Bratnia pomoc ze wschodu.

Samochody terenowe agencja eventova BARTBO_27Pojawiły się na naszych drogach wraz z czołgami Armii Czerwonej, przez co nie kojarzyły się najlepiej. Ale gdy trafiły do cywilnych użytkowników, wielu zmieniło zdanie na temat produktów z napisem „Sdiełano w SSSR”. Ręka w górę, kto nigdy nie jechał po bezdrożach UAZem. Przykro to mówić, ale jesteście w mniejszości. Dla całych pokoleń fanów 4×4, radzieckie „Jeep-y” były jedynymi dostępnymi pojazdami. Dostępność oznaczała przede wszystkim niska cenę, która niestety przekładała się na jakość. Na każdą wycieczkę trzeba było zabierać zestaw części. I tylko dzięki temu dodatkowemu ładunkowi, można było mieć pewność, że wróci się do domu. Choć musimy uczciwie przyznać, że nie była to pewność stuprocentowa. W Bartbo mieliśmy dwa takie auta. Można powiedzieć, że dzięki nim, dziś jeździmy Mercedesami. Ale po kolei. Teraz czas na Japonię.

Kraj kwitnącej terenówki.

Gdy naszym mechanikom znudziło się naprawianie samochodów po każdej wyprawie z klientami, a czasem także w trakcie. I gdy mieliśmy już wystarczającą ilość tzw „Biletów Narodowego Banku Polskiego”, rozpoczęliśmy poszukiwania czegoś bardziej niezawodnego. Wybór padł na jedno z najlepszych aut terenowych na świecie – Nissan Patrol. W naszym garażu stanęło pięć takich pojazdów. Bardzo szybko odkryliśmy, że jedyne co łączy UAZa z Nissanem to liczba kół. Okazało się, że jazda po lesie może być wygodna, a samochód z wyprawy wraca o własnych siłach, nie na lawecie – SZOK! Były wygodniejsze, można było na nich polegać, ale po dwóch latach, postanowiliśmy coś zmienić. Byliśmy przyzwyczajeni do niezawodności i ponadprzeciętnej dzielności w terenie. Następne auto musiało być nie do zajeżdżenia a jednocześnie łatwe do naprawienia. Padło na konstrukcję austryjacko – niemiecką.

Zielony i piękny.

Nasz pierwszy Mercedes klasy G był autem z przeszłością, o tyle ciekawą co burzliwą. Jeździł nim Peter – wokalista dethmetalowego zespołu Vader. Jeździł do czasu wypadku, po Samochody terenowe agencja eventova BARTBO_30którym pojazd nadawał się do remontu. Chcieliśmy takie auto kupić tanio, a to trudne zadanie, no chyba, ze trafi się okazja. Naprawa nie była zwykłym „klepaniem i szpachlowaniem”. Samochód musiał być zrobiony dobrze, bo miał wozić klientów – ich bezpieczeństwo jest najważniejsze. Efekt pracy tak nam się spodobał, że zapragnęliśmy mieć więcej takich jak ten. Tym razem pojawiła się możliwość kupienia pojazdów  ze skandynawskiego demobilu. Zdecydowała cena i surowe, wojskowe wyposażenie – w końcu będziemy często brudzić nasze terenówki, a błoto z bagna trudno się usuwa z welurowych dywaników. Mercedes klasy G to jeżdżący splendor i szyk, a jednocześnie naprawdę niezniszczalna konstrukcja. Nawet jeśli coś się psuje, potrafimy to sami naprawić, choć ceny niektórych części zaskakują ostatnio coraz bardziej.

Podróż w przyszłość.

Od razu napiszę, że nie wiemy jeszcze co to będzie, ale będzie wyjątkowe. Wyobrażamy sobie auto niezawodne jak Nissan, jeżdżące w terenie tak dobrze jak Mercedes, a jednocześnie legendarne jak UAZ i oczywiście zielone. Co może spełnić nasze oczekiwania? Jak myślisz?